niedziela, stycznia 30, 2005

Już pora wstać, wyruszyć z domu
Przyjaciela spotkać znów.

Miły puchaty, okrągły bo w domu jest.

Kubuś Puchatek, Kubuś
Wśród roju pszczół,
Jak to niedźwiadków ród.
Kubuś, włazi bez trudu,
Ramboli, bamboli
Na dąb łasować miód.

Zabawa stały gość,
a przygód nigdy dość
To jest raz na jakiś czas,
A gdy jesteś sam,
w domu wśród 4 ścian
Gdy coś Ci doskwiera
to masz przyjaciela.

Kubuś Puchatek, Kubuś
Gdziekolwiek byś szedł,
Hej! Pójdę tam i ja.
Kubuś i nie ma cudów
I jutro i dziś,
i ja i mój puchaty miś.

sobota, stycznia 15, 2005

Kurde siedzę od półtorej godziny przed kompem a powinnam nadrabiać zaległości... Ot, choćby, uczyć się historii :P :D No bo dziś spędziłam pół dnia skacząc, niczym Gumisie, "tam i siam": na niemieckim, na zbiórce u Maćka, w bliżej niesprecyzowanym tak zwanym "centrum"... I jutro też za wiele nie popracuję bo się znowu na niemiecki wybieram i jeszcze na łyżwy... W ogóle to jeśli z tym lodowiskiem wszystko wypali tak jakbym chciała to będzie baaardzo wspaniały dzień... Ale o tym jutro, nie lubię chwalić dnia przed zachodem słońca.
Dziś przeżyłam straśnie miły szok związany z mieszkaniem wspomnianego Maćka - nigdy wcześniej nie byłam w takim miejscu! To apartamentowiec w stylu takich, jakie są w filmach Woody'ego Allena, zresztą samo mieszkanie też: dwie kondygnacje (przynajmnije tyle widzieliśmy), nowocześnie urządzone, wejście od strony podłużnego balkonu wychodzącego na podwórze, no i najfajniejsze - klasyczny, zblazowany czarny kot z wielkimi zielonymi oczami :))) Naprawdę fajne miejsce, aż mu zazdroszczę...

Na zbiórce była nowa druhenka, Daria - właściwie to duża druhna, jest na pierwszym roku Uniwerku Medycznego :) Chyba wszystkim przypadła do gustu, w każdym razie mnie na pewno - taka lolowa osóbka (© by Gapsar albo Stefan, nie pamiętam), czyli - jak wszyscy w naszej drużynie :D:D:D Dlatego też zbiórka to był po prostu taki cyrk... Zasadniczo mieliśmy grać w jakiegoś Warhammera czy coś w tym stajlu i choć Maciek twierdzi, że wszystko się rozsypało, to wszyscy bawiliśmy się po maksie!!! Nikt nie wiedział o co chodzi, więc były takie gagi jak Stefan deportujący się do Cleveland, Paweł wydłubujący zatrutą Delicję z oka i strzała wbita w obojczyk... na plecach :P Ogółem kupa śmiechu i, jak zwykle, spotkanie mocno towarzyskie... Naprawdę wypas.
No nic, chyba spróbuję się jednak wziąć za robotę... Życzcie mi powodzenia.

środa, stycznia 12, 2005

Boooorze (to nie błąd ortograficzny tylko celowy zabieg, żeby ktoś nie pomyślał, że jestem poganką – mówię sobie do boru), dziś jest ten dzień… Dziś jest ten straszny, okrutny, sądny dzień, kiedy zamyka się mój wspaniały, niczym niezmącony okres szczęśliwości… Kiedy przekraczam próg beztroskiego dojrzewania i szklanka zaczyna być w połowie pusta… Kiedy siwy włos w mojej grzywce zaczyna sprawiać, że ludzie patrzą na mnie z respektem ale i (już) politowaniem… Patrzcie, jak się postarzała, nic tylko umierać…Już niedługo zgorzknieję, zacznę nosić długie spódnice i farbować wyblakłe włosy, a wkrótce później opadnę w bezkresne czeluści Hadesu zapomniana przez życie już za życia… Jakie to okropne kończyć szesnaście lat !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
A tak poza tym to dzionek był naprawdę zarombisty :))) Przede wszystkim nie musiałam wcale wcześnie wstać mimo że pojawiłam się w końcu w szkole (nieźle że trafiłam bo już w sumie zapomniałam jak wygląda :P). A to dlatego, że moja kochana klasa z frekwencją około 50% w porywach do 51 zgłosiła się na konkurs matematyczny (baranki matematyczne moje słodkie :)), a boski Gralu postanowił zwolnić resztę (w tym i mnie) z pierwszych trzech lekcji. I tak się spóźniłam… No bo qna jak zwykle 12 odjechało mi sprzed nosa a jak postanowiłam zaczekać na następne to usłyszałam od konduktora że nie przyjedzie. I kropka. Komunikat od despotycznego władcy do swoich maluczkich poddanych, bez komentarza i dyskusji. Chociaż nie, z tym komentarzem to nieprawda. Facet powiedział mi jeszcze że pracuje już 30 lat w MPK i jeśli chodzi o transport to poleca konia. Najszybszy.
I parę osób pamiętało o starszej koleżance, i życzonka złożyli, i buzi dali, i po pleckach poklepali... A przede wszystkim przynieśli PREZENTY !!! :> Ale żeby nie było że jestem taka materialistyczna to powiem, że najfajniejszy prezent to manie z głowy tej olimpiady z ang. We wtorek sobie jeszcze poszłam zdawać ustny zupełnie na luzie i teraz już tylko czekam na wyniki. A w międzyczasie wielka urodzinowa buźka dla wszystkich (ze szczególnym uwzględnieniem moich PP - Przekochanych Przyjaciół :D) i szpadam nadrabiać zaległości... :*

piątek, stycznia 07, 2005

He he. Tak sobie czytałam właśnie bloga Saperki (nawet to zaniedbuję ostatnimi czasy :P), która pisze po kilkudniowej przerwie, że dawno już u niej posta nie było. W takim razie mój blog, gdyby miał oczy, już by dawno zapomniał jak wyglądam. Ale nieee, nie ma tak dobrze… Wracam, przynajmniej na tak długo aż mi się znów nie znudzi.
Muszę sobie zrobić przerwę, bo od rana (a w gruncie rzeczy od trzech tygodni) uczę się non – stop do olimpiady z angielskiego. Dostałam się jakimś dziwnym fartem do drugiego etapu, to teraz cierpię… ;) Nieprawda, w sumie to wolę siedzieć teraz w domu i czytać o którymś z kolei Richardzie albo Henrym, któremu obcięto głowę, niż opłakiwać w szkole czas stracony na majzie albo biologii. A ci królowie, poza tym że pieprzą mi się okrutnie (no bo jak można w ciągu ponad tysiąca lat istnienia kraju mieć monarchów używających raptem czterech czy pięciu imion na krzyż!), to nawet śmieszni goście momentami byli, jak Edward trzeci, który latał za panienkami podnosić im chusteczki (niezła wymówka), czy Henryk ósmy, który uparcie twierdził, że parlamentarny pieniądz śmierdzi (wprost przeciwnie do kościelnego, który czerpał garściami).
Dobra, koniec. Jak się teraz wezmę porządnie do roboty, to w niedzielę znajdę może trochę czasu na kwestowanie z WOŚPem. Gdybym tylko wiedziała przy wypełnianiu tej karteczki w sztabie w listopadzie że finał będzie dzień przed olimpiadą! No cóż, shit happens i nic się na to nie poradzi. Jeszcze tylko trzy dni…