poniedziałek, maja 31, 2004

Grupa dyskysyjna szczepu wraca do formy. Dziś odebrałam 15 maili (zaznaczam, że ostatnio odbierałam pocztę dziś rano), w tym jeden Igora [sic!]. Urwał się gościu z choinki. Rąbnął epitafium dla szczepu, który właśnie w pocie czoła staramy się rekonstruować, wypisał parę banałów i podpisał się imieniem obrzędowym z nieistniejącej drużyny, nieortograficznie napisanym i (mnie przynajmniej) kompletnie nieznanym. Ludzie, Igor naprawdę jest głupszy niż myślałam! I ja mam z tym człowiekiem wytrzymać przeszło 3 tyg. wakacji!!
No luz. Do tych wakacji już niedaleko, a jutro dzień dziecka. Idziemy na korty, potem na kręgle, ale - co najważniejsze - mama wraca do domu! Istnieje lepszy prezent dla małego rozwydrzonego bachorka? No? Istnieje?
Cube'a dzisiaj próbowałam obejrzeć, ale przy 75. minucie zacina się i zdycha. A tak besides to to ma być horror? Zapowiadał się fajnie ale skończył się na mordobiciu, jakichś wrzaskach i pseudomatematycznym bełkocie. Cusz...
Dobra, idę się pouczyć. Trzeba korzystać, bo już niewiele nauki zostało :>
P.S.
A co mam teraz na szyi? Śliczne koło sterowe od Basi! Pomyślała o swojej biednej koleżance ogarniętej dziwną obsesją! Taka głupotka, a tyle radości... Kto by pomyślał...

niedziela, maja 30, 2004

O matko, ale mam humorek. Jak dawno nie miałam. Wszyscy do mnie piszą, gadam z ludźmi, od których dawno chciałam coś usłyszeć, między innymi z Ziemkiem. He, he, troszkie się "wkurzył" jak usłyszał że nie jadę na żagle z Różą i powiedział, że odpali mi ze swojej prowizji, jak kogoś namówię ;) Chyba zacznę się starać ;))
I nie mam za dużo roboty... Tylko jutro egzamin do bierzmowania... Ale jestem tak happy że nawet nie mam siły się wściekać na Haładaja. Chyba po prostu naładowały mi się baterie w ciepełku! Jestem ciepłokrwista i ciepłolubna, a dziś było 20 parę stopni... Ja się wtedy czuję jak rybka w wodzie!
Byłam króciutko na festiwalu modelarstwa, się od razu pochwalę: moja macierzysta TV, RetSat, jest wśród patronów medialnych! Widziałam tam prawdziwe cacko: fregata, taka gdzieś niecały metr na niecały metr, na oko jakiś szesnasty wiek. Wszystkie pierdoły: bloczki, związy wantowe, for- i achterluki, klamki, po prostu wszystko na miejscu. Byłam pod wrażeniem... A na innym stoisku gość chciał mi wmówić, że Teliga pływał na Polonezie, ale sobie nie dałam. '67 - 69, Leonid Teliga na Optym. Tego nie można nie wiedzieć :)
I u mamy też lepiej. Może wreszcie mówić, bo zaaplikowali jej zastrzyk na zmniejszenie obrzęku. Ale trafiła najgorzej jak się dao: w weekend nie było lekarzy, a jutro odrabiają dyżury z 1. maja. I w ten sposób nie wie nawet, czy wycięli jej całą tarczycę, czy tylko część. Czy może jeszcze coś innego. Normalnie nie daj Boże zachorować w tym porąbanym kraju. Napisałabym coś jeszcze o SLD, ale nie chcę sobie humoru zepsuć. A oni i tak zdychają.
He he, AnanaS napisała, że nie chce wylądować ze sternikiem w koi. A to przecież zależy z jakim ;)) No dobra, ten komentarz jest głupi, ale już mówiłam, że mam dziwny humorek :))
Put your hands on my waistline
Want your skin up against mine
Runnin' chills up and down my spine
Let me get mine you get yours...
... a tak sobie ...

piątek, maja 28, 2004

Nie no, co to jest żeby w piątek po jedenastej było pusto na gg? Normalnie chyba się zmotywowałam żeby iść spać! A tak by było fajnie posiedzieć tu sobie i postukać sobie z kimś o jakichś głupotach, słuchając ballad Ani Dąbrowskiej... No cóż, z tej perspektywy zostaje mi tylko Ania - nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego towarzystwa w samotny piątkowy wieczór. Może choć raz zamiast stukać o głupotach, po prostu o nich porozmyślam... Chyba tetryczeję.
W szkole robi się coraz bardziej hardkorowo - wszyscy powoli uświadamiają sobie, że już jesteśmy na wylocie i nieelegancko mówiąc, olewają wszystko cienkim sikiem, doświadczając przy tym nie byle jakich odjazdów... Uczymy się teraz na wszystkich przerwach kubańskiej muzyki son na LHZ ("Chan Chan") i jest naprawdę odjazdowo. Mamy dwie gitary, będą jakieś grzechotki i dwa bębenki - no i oczywiście wybitni soliści (bez wskazywania palcem :P).
A jeszcze tylko osiemnaście dni chodzenia do szkoły! To naprawdę niewiele, gdy się to ułoży w jednym rządku. Cytat z Michała: na tę wieść serce skacze mi z radości do gardła! Raz o mało się nie udusiłem...
To z tego nieszczęsnego eseju. W sumie to niezadowolona jestem, mimo że piątkę dostałam. Mnie tam się on nie podobał. Poza jednym fragmentem, co do którego chyba się z DP zgadzamy, bo napisał obok, że piszę... upojnie. Ciekawa ocena. Chyba już nigdy takiej nie usłyszę...
A po lekcjach wpadłam na Pawła i odbyliśmy przemiły spacerek... Tylko za krótki. Naprawdę szkoda, że on jest zajęty. Przynajmniej z tego co zrozumiałam. Bo się tak wcale nie zachowuje...
Rządzimy się z tatą teraz sami, dziś odwiedziliśmy znów mamę w szpitalu i zrobimy to też jutro. Na razie była bardzo senna i zmęczona po operacji i narkozie. To mnie strasznie boli. Chciałabym, żeby już była w domu i czuła się dobrze. I żeby nie musiała się potem przejmować tymi cholernymi szwami.
Idę zakopać pod kołdrę, dorwać jakieś mało absorbujące zajęcie i przemyśleć sobie porządnie wszystkie najważniejsze problemy egzystencjalno - humanistyczno - filozoficzne. Wcale nie chce mi się spać.
P.S.
Sistars zgarniają wszystkie nagrody w Opolu, dziewczyny - razem jesteście mocne!

środa, maja 26, 2004

26 maja - Dzień Matki
U mnie zaczął się już tydzień temu, kiedy to z moją genialną kumpelą Kasią wpadłyśmy na pomysł, że upieczemy ciasto. Już od piątku zaczęło się bieganie przez balkon 4 razy dziennie (bo to najszybszy sposób żeby się ode mnie do niej dostać i vice versa), przerwane tylko na krótko przez mój weekendowy wypad, które osiągnęło kulminację we wtorek ok. 15.00, kiedy to leciałyśmy od niej do mnie z garnkami pełnymi jajek i mleka. Gdy nadejszła wiekopomna chwila dekorowania wypieku polewą czekoladową, usłyszałam złowieszczy dźwięk silnika, a to, co się działo potem, przypomina bajki o Tomie i Jerrym - przynajmniej jeśli chodzi o tempo. To trzeba było widzieć, jak zasuwamy w panice z ciastem do piwnicy... O Jezu! Strzykawka do polewy dotąd leży skitrana za kartonem z mlekiem!!
Ale wyszło super. Ciasto było pyszne, bitą śmietanę oczywiście na wszelki wypadek kupiłyśmy obie, ale kto by się tam przejmował. Tata już zamówił powtórkę w Dzień Ojca...
A tak poza tym to przepisy vol. 2, fok na biedronkę i jazz. A na LHZ chyba będziemy śpiewać kubańskie "Chan Chan" i będzie nie byle jaki odjazd. No ba. W ogóle to chyba właśnie zostałam zaproszona do Dekompresji na imprezę. Cusz. Się zobaczy...

niedziela, maja 23, 2004

NO, nareszcie jestem zuruck. Skąd? Z rodzinnej uroczystości, of kors. Kolejna komunistka, flaki z olejem. A w dodatku nie bardzo miałam kiedy popracować nad esejem i póki co jestem baardzo niezadowolona z efektów tej pseudopracy.
Piszę, rzecz jasna, o swoim kochanym żeglarstwie. Przy okazji szukania materiałów poczytałam sobie o nim mnóstwo ciekawych rzeczy, między innymi na www.pogoria.org - bardzo fajny sajt. Niestety cierpię przy pisaniu straszne męki, bo chciałabym wreszcie PŁYWAĆ zamiast o tym pisać. No ale cusz, póki co trzeba jeszcze troszkie popracować...
Dziadek zdecydował się wreszcie na kupno mieszkania w całkiem ładnym miejscu. To strasznie egoistycznie z mojej strony, ale ja wciąż nie mogę oswoić się z myślą, że już nie będziemy przyjeżdżać do małego domku przy Wyspiańskiego... Tak jak nie mogłam się przyzwyczaić w ciągu ostatnich kilku wizyt że babci już tam nie będzie. Ja po piętnastu latach, a dziadek po jakichś pięćdziesięciu... Świat mu się zawalił. To straszne.
I tu kończy się wena, a zaczyna melancholia. Dobranoc.

poniedziałek, maja 17, 2004

Mam doła. A ponieważ to sprzeczne z moją naturą, to wszyscy się dziwią. Ale mnie też się coś od życia należy. I powoli krystalizuje mi się przyczyna tego stanu, oryginalna jak piosenki Britney - szkoła.
Nie chce mi się tam chodzić, napisałam już egzamin (i, nawiasem mówiąc, go sp***rzyłam), skończyliśmy przerabiać program prawie na wszystkich przedmiotach, oceny są w większości przypadków juz przesądzone, a personel szkoły i tak wypruwa sobie żyły, żeby nam obrzydło na sam koniec totalnie. A na dobitkę wszyscy gdzieś wyjechali (oprócz nas of kors) i jesteśmy sami w szkole z ponurym wyobrażeniem, jak tamci się dobrze bawią i że moglibyśmy być teraz na rajdzie świętokrzyskim. Fuck!
Jutro jest rozbój z fizyki, w czwartek z polskiego, za tydzień z geografii, muszę napisać z niej referat, na polski esej, iść na jakąś durną rozmowę z dyrektorką szkoły, do której wcale nie chcę uczęszczać i zdać DELFA w czerwcu. Rzygać mi się chce. Idę spać. Może przynajmniej dostanę rozstroju żołądka po siedmiu ogórkach, kanapce z miodem i lemoniadzie i nie będę pisać jutro kartówki.

piątek, maja 14, 2004

Wprost wspaniały. Pierwsze, co mi się nasuwa, to wizyta w Albatrosie, która przesądziła ostatecznie spekulacje co do domniemanego pobytu obywatelek Anny S., Barbary B. i Anny F. na szlaku Wielkich Jezior Mazurskich w okresie 11 - 25.07. br. Jesss!!! Gadaliśmy troszkie jeszcze z tym gościem o PRAWDZIWEJ ŻEGLUDZE - tej morskiej i było bardzo sympatycznie. Cieszę się, że będzie na naszym turnusie, tylko dotąd nie wiem, czy mam do niego mówić Przemek czy psze pana. Ale to jest do uzgodnienia...
Właśnie wyczytałam na blogu koleżanki A.S., że w środę nie będzie meteo, tylko przepisy vol. 1. Nuda... Ale muszę przyznać, że z tego najmniej pamiętam, więc chyba mi się przyda. Nie ma tego złego...
Dziś kręciłam z Łukaszem Święto Łodzi na Piotrkowskiej i robiłam wywiad z Kropkiem. Ten facet na żywo wygląda jeszcze bardziej idiotycznie niż w TV. Na szczęście trafiłam też na prezesa i v-ce Fundacji Ulicy Piotrkowskiej, panowie odpowiednio Marek Janiak i Włodzimierz Adamiak, świetnie mi się rozmawiało zwłaszcza z tym drugim. Ma ogromną wiedzę o Piotrkowskiej i opowiada o niej ciekawie, a co najważniejsze - długo. Będzie więcej materiału ;) Jutro mają kręcić program o ściance w Unionteksie. Ciekawe, jak tam trafią... :>
Świetna sprawa ta TV. Człowiek opd razu się czuje taki podbudowany, że coś ciekawego w życiu robi... Jedno, czego się najbardziej boję, to marnowanie danego mi czasu. Jest go naprawdę mało, zdecydowanie zbyt mało, żeby go tracić na bzdury... Nie znamy dnia ani godziny. W środę wieczorem znajomy rodziców z pracy miał wypadek na motocyklu koło Ozorkowa. Pokazywał przyjaciołom, ile wyciąga jego maszyna. Zginął na miejscu. To był jego drugi wypadek. Jego syn zdaje właśnie maturę.
Temat - rzeka. Co najmniej na esej. Chciałabym pisac jak Herbert. Podobała mi się jego "Delta" - taka nastrojowa, plastyczna, i mój ulubiony cytat, ale nie zamieszczę go dzisiaj, bo go dokładnie nie pamiętam, a w ten sposób to nie ma sensu.
Kończę, bo chce mi się spać. Dobrze sobie popedałować trochę wieczorem, człowiek rozładowuje resztki napięcia z dnia i lepiej mu się śpi. Dobranoc.

Piękny, piękny dzień. Nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że kocham życie, gdyby nie TV. Ostatnio słyszę stamtąd same fatalne wieści. Jak nie Irak, to Belka... Dziś była relacja z pogrzebu Milewicza. Amerykanie zmiękli, dziś zastępca sekretarza generalnego czy ktos taki zadeklarował wycofanie US Troops jeśli tylko tymczasowy irakijski rząd, który ma powstac w przeyszłym miesiącu, tego zażąda. Spóźniony zapłon. Powinni to zrobic co najmniej pół roku temu. Islamistom nie pomogą - i tak będą się tłukli aż się wytłuką i nie ma co się w to mieszać. Na nowojorskiej giełdzie baryłka ropy już osiągnęła rekordową cenę. A na dobitkę ci kretyni którzy tytułują się posłami odzrucili wniosek o wotum zaufania dla rządu Marka Belki. Zrobią wybory w sierpniu, kiedy do urn pójdzie tylko elektorat Leppera, bo reszta jest na wakacjach. A to będzie dotkliwy zonk. W ogóle Lepper się dziś zbłaźnił po raz kolejny, wyskoczył na mównicę, zamachał jakiś papierkiem, wrzasnął, że Rokita robił interesy z Wieczerzakiem, po czym zniknął i nie pojawił się do końca obrad. A niech go piekło pochłonie, tam sobie porządzi.
Nie nie, nie o polityce miałam pisać. Jeszcze raz. Piękny dzień...

wtorek, maja 11, 2004

11 maja - oficjalne święto polskich żeglarzy, a więc i MOJE!!! Jutro idę na wykład z Anką i Baśką, mam wrażenie, że wszystkie jesteśmy zielone, tylko że mnie jednej jakiś kretyn wydał patent :)) Cóż, bywa. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
Chociaż trudno mu (światu) odmówić pewnych przebłysków. Na przykład dzisiaj na angielskim pierwszy raz w mojej 11 - letniej karierze Adam pochwalił mnie za spicza, czyli ustną wypowiedź. I to nie taką, że w domu siedzę i przygotowuję sobie na błysk, tylko muszę wymyślać na ppoczekaniu. I to ma być z ładem i składem, bez błędów, za to najeżone efektownym słownictwem. Właściwie wszystko byłoby OK, gdyby nie drobna skaza na tym sielankowym krajobrazie: trzeba mówić po angielsku.
W związku z tym humor mam całkiem niezły, a w dodatku nauczyłam się trzech nowych szant :))) (Shenandoah, Stary bryg i Fiddler's Green) Nie wiem, dlaczego sporo osób tego nie lubi. Może po prostu nie byli w tawernie Margot ;) Dziesięć w skali Beauforta i przechyły w każdy ostatni piątek miesiąca gdy gra tam kpt. Waldemar Mieczkowski, w końcu mieszkamy w najbardziej żeglarskim mieście w Polsce - Łodzi! :D
Wyżej wspomniany Mieczkowski jedzie teraz z moimi znajomymi do Kanady na polonijny festiwal szantowy i trzymam za niego kciuki, moze pośpiewa nam trochę na rejsie?
Dobra, nie ma co snuć na razie mrzonek o wakacjach, skoro jeszcze półtora miesiąca harówki w perspektywie i nie ma co sobie odpuszczać. Tylko tak się już nie chce... A jeśli w liceum będzie jeszcze gorzej? What if this is as good as it gets? To słowa sfrustrowanego Jacka Nicholsona w "Lepiej byc nie może" - do czego to doszło, żebym się z nim porównywała... Zżerają mnie dewiacje...
Ale my nie martwmy się - rum jeszcze jest!

niedziela, maja 09, 2004

Ojej... Nie pisałam bloga ze dwa dni i stęskniłam się za skubańcem... Muszę się czasem wyżyć. Każdy ma swój sposób, jedni coś gryzmolą (patrz ja), inni biegają na Orbitreku (patrz ja), jeszcze inni rzępolą na gitarach czy innych instrumentach (patrz ja)... Chyba dziś urządzę sobie wieczorek wyżywania się. Noc jeszcze młoda.
Dlaczego muszę się wyżyć? Bo miałam dziś fantastyczny początek dnia, obejrzałam następnie kolejny genialny film Chaplina, następnie zrąbano mi humorek w moim zrąbanym kościele parafialnym, a potem... trafiłam tutaj. No i znowu marzę o żaglach. W środę pójdę z Anką n akurs, a co, powtórzenie jeszcze nikomu nie zaszkodziło! A tak serio to cieszę się, że mam juz egzamin na patent żeglarza jachtowego za sobą. A jeszcze bardziej cieszę się, że go zdałam! Jestem teraz uprawniona do prowadzenia jachtów żaglowych po wodach śródlądowych, przy czym jacht żaglowy oznacza statek o napędzie żaglowym przeznaczony do uprawiania sportu i rekreacji, który może byc wyposażony w pomocniczy napęd mechaniczny, oraz do prowadzenia jachtów żaglowych niezatapialnych w regatach i na treningu pod nadzorem po wodach morskich, przy czym za prowadzenie jachtów pod nadzorem uważa się żeglugę w porze dziennej na akwenie, na którym jest prowadzona ciągła obserwacja, przy zapewnieniu możliwości podjęcia na tym akwenienatychmiastowej akcji ratowniczej z wykorzystaniem łodzi ratunkowej oraz odpowiedniego sprzętu ratunkowego oraz wyposażenia technicznego. Czy to nie wspaniałe?
W piątek dziewczyny pójdą same wpłacic zaliczkę. Ja załatwię to wcześniej, bo w tym czasie będę kręcić relację ze Święta Łodzi gdzieś w pasażu Schillera. Zapowiada się fajnie, tylko muszę jeszcze wykonać parę telefonów. Bo co to, u licha, jest "36 metrów kultury z AOK"? Taki właśnie enigmatyczny zapis pojawił się w programie, a szef AOK (p. Tomasz Bieszczad, kłaniam się) oczywiście nic nie wie. Życie jest ciężkie und gibt uns viele kopas w dupas... O ,właśnie. Muszę jeszcze odwołać lekcję niemieckiego. Chyba lepiej zrobię to od razu...

piątek, maja 07, 2004

Nie wiem co się ze mną dzieje... Nie rozumiem, co sie do mnie mówi, nie umiem wpisać w przeglądarce adresu html, długopis nie trzyma mi się w ręce, co chwila muszę poprawiać własne literówki... Moje szare komórki już wyjechały na wakacje, a reszta mózgu rozpaczliwie dobija się za nimi na zewnątrz. Od 24 godzin boli mnie łeb.
Dzisiejszy dzień w szkole to było po prostu PIEKŁO. Mieliśmy serdecznie dość, nie nadawaliśmy się do niczego i już wolelibyśmy nawet iść te rowy kopać, ale NIE! Siedzieliśmy, stukaliśmy i znosilismy cierpienie w milczeniu. A pan filolog to już sam siebie przeszedł - chciał wmówić Gasparowi, że lepiej od niego wie, jak Gaps interpretuje wiersz. Boże, ja kiedyś potrafiłam rozmawiać z tym człowiekiem dłużej niż 5 minut i nie pogryźć najbliższej futryny!
Ale za to potem poszłyśmy z Anką do Albatrosa a tam był bardzo miły chłopak, który wszystko nam opowiedział, kazał przyjść za tydzień z wypełnionymi świstkami, a na obóz przyjechać z gitarami, bo on tez będzie. Hura! Chcę na żagle!!!
Poz atym to nic się nie działo. A, no w sumie to jeszcze egzaminy pisaliśmy. Ale nie ma o czym gadać - lepiej kupić Wyborczą albo wejść na www.gazeta.pl i przekonac się smaemu. A tak w ogóle to nie cierpię żab.
ps Dziś zginął w Iraku Waldemar Milewicz.Pamiętajmy o nim i zapalmy mu świeczki.Niech każdy do kogo dojdzie ta wiadomość zapali jedną!Roześlij do wszyskich ze swojej listy. [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*][*][*][*][*]
dlaczego wszyscy dobrzy ludzie giną, a politycy zostają? Dziwny jest ten świat...

poniedziałek, maja 03, 2004

Święta, święta i po świętach... (majowych - 1., 2. i 3. to taka tradycyjna sprawa, a oprócz tego wstąpiliśmy do Unii, a Belka zastąpił Millera - hura!) Ale nie żałuję, że się kończą, bo upłynęły mi dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam (patrz post z piątku :)) - słowem, zafajniaście. Te trzy dni akurat mi wystarczyły, żeby zrealizować wszystkie plany, świetnie się bawić, wypocząć (także od Internetu) i... coraz bardziej marzyć o wakacjach.
Za to teraz jestem śpiąca... Ojej. Mam nadzieję, że nie wyśpię się za długo. Wtedy o wiele gorzej funkcjonuję. Moje odwieczne podejrzenie dzisiaj się potwierdziło - powyżej dziesięciu godzin i budzę się z uczuciem, jakby moja głowa była kwadratowa. Nie potrafię tego inaczej opisać, mam wrażenie, że tak właśnie czują się ludzie naćpani. W ciągu dnia trochę mi przeszło, a teraz wraca ze zdwojoną siłą... I człowiek myśli tylko o ciepłym łóżku, albo chociaż powrocie do pozycji horyzontalnej. Kręci mi się w głowie...
Mam nadzieję, że jutro w szkole nie będą nas za bardzo męczyć, a jak nie, to się postawimy. Jest dzień przed egzaminem, a poza tym muszę odrobić swoją pracę domową z angielskiego! (Ups, mam nadzieję, że Adam tego nie przeczyta...) W ogóle to nie wiem, po co we wtorek i piątek każą nam się jeszcze wlec do tej szkoły. Już by sobie odpuścili. Wyżywają się przez dziesięć miesięcy w roku i jeszcze im mało. Ale i tak życie jest piękne. Zwłaszcza w taki dzień. Dobranoc.
O, Peggy Brown, o Peggy Brown,
Kto ciebie ukochać będzie umiał...
Myslovitz - uwielbiam Was :*