Ludzie, za dwie godziny wyjeżdżam do Amsterdamu, a jutro o tej porze zobaczę już kochanego Zawiszę!! Nie mam teraz czasu ani nerwów, żeby napisać więcej, zbyt jestem podekscytowana... Już nawet nie myślę jako świeżo upieczona absolwentka o rozstaniu ze swoją klasą i szkołą... O tym wszystkim kiedy indziej. A Adam - jest genialny! - wytrzasnął skądś kartki z rodzajami osprzętu żaglowego, ożaglowaniem i takielunkiem barku i czymś jeszcze po angielsku! Dostałam je we wtorek - będą jak znalazł na żeglowanie po Tamizie... Ojej, życzcie mi stopy wody pod kilem i pomyślnych wiatrów! Uciekam!
piątek, czerwca 25, 2004
Na czym skończyłam? Na grze harcowej. Zaraz pod skarpetkami w szufladce leżą kartki z tekstami szant - z warsztatów "Morskie Opowieści" z Bursztynowymi Szeklami, czyli zawriowanym (i, dodajmy, zwycięskim) patrolem wędrowniczym 86 WŁDH. A potem... Festiwal! Nie muszę tym razem grzebać w pamięci, Witek zrobił przecież fotoreportaż, na który zapraszam pod www.kolumbowie.harc.pl. Dzięki temu zdjęcie z soboty widnieje radośnie na moim pulpicie :) Pamiętam, że jak schodziłyśmy ze sceny, pochwalił nas Tomek, drużynowy 86., za którym, jak powiada Kasia A. wzdycha żeńska część hufca :), i że podobno druhna z Warszawy, która jest pół Meksykanką, pochwaliła nas za dykcję (śpiewałyśmy po hiszpańsku). HURRA! A potem to już był totalny odjazd na karaoke nakręcany przez druhny Mirkę i Anię F... Nasz patrol (łącznie z drużynową) śpiewał wszystkie najbardziej obciachowe piosenki ("Chałupy welcome to", "Kolorowe jarmarki" i "Gdzie się podziały tamte prywatki") i robił siarę na maksa, że sie tak ładnie wyrażę. Mój komentarz wygłoszony, rzecz jasna, do mikrofonu, chyba dość nieźle podsumował nasz występ: "Dziś wieczór 23 ŁDH udowadnia, że nie mając za grosz głosu i nie znając tekstu też można śpiewać". No ba :))
A potem jeszcze krótka gra nocna (ach, te kłujące świerki!!), prośby i groźby Mirki mające na celu zmuszenie Rafała (komendanta szczepu) do zaśpiewania nam kołysanki, jakieś dwie godzinki snu i poranna warta od szóstej (jak wtedy było cicho!). I tak jakoś z soboty zrobiła się niedziela, stawiliśmy się na apelu kończącym i... cześć :(
P.S.
Chłopaki z 86. przyznali mi wyróżnienie z warsztatów za śpiewanie sprośnych piosenek :) Tego sie można było po nich spodziewać... Artur vel. Maciek, Kuba, Jasiek - dzięki!!!
poniedziałek, czerwca 21, 2004
Szuflada nr 3, 4 i 5: LHZ
Trzy szuflady jak trzy literki i cały worek wspomnień, aż szkoda było je przesypywać doodległych szyflad. Ale cóż, w tych wierzchnich musi być miejsce na nowe. Dłuugo zwlekałam z sortowaniem, tak samo jak dłuugo się wylegiwałam w wannie po powrocie (po pierwsze, żeby się domyć, po drugie w nadziei, że wreszcie poleci gorąca woda, i jedno i drugie nie wypaliło).
Nasz wielki namiot - nie wiem, jakim cudem zmieścił się w szufladzie - i wielka, wypukła skiba w odcinku lędźwiowym kręgosłupa mojego, Ani Kawińskiej, Ali i Mirki. I moja piękna (gitara, oczywiście). I gry integracyjne, i drętwe towarzystwo, i niedrętwy Łosiek, i przesłuchanie i kolorowe ubranka, w których nie wyglądałyśmy mimo wszystko gorzej, niż się spodziewałam. O, paprochy w skarpetce! To z sobotniej gry harcowej: w 7 godzin dookoła świata. zaliczyłyśmy 13 punktów, wykonałyśmy 10 zadań. I przeprowadziłyśmy doraźną akcję reanimacyjną - Mirka, jesteś wielka ;) - a dalej dopiszę jutro...
Szuflada nr 2: Boże Ciało
I uschnieta gałązka wierzby z Alei Pasjonistów; gdyby tylko moja parafia była taka fajna! O, wyfrunęło echo rozmów z Agą, ot, spacerek w słoneczku, od czasu do czasu klękamy, bynajmniej nie po to, żeby wiązać sznurowadła.
A potem goście, goście, goście i okruszki po pysznej szarlotce. I Marysia Stepień z Frankiem, zupełnie nie zmienieni.
Stos książek (nie mieszczą się w szufladzie) o towarzyszu Wiesławie do referatu z historii, z zakładkami z moich nerwów, bo przeciez nie zdążę go napisać. No ba.
Pstryk
Szuflada nr 1: 8 czerwca, bierzmowanie.
Najpierw wygrzebuję dwa obrazki z Matką Boską czy kimś takim; zwykła pamiatka z bierzmowania i ten od biskupa Ireneusza Pękalskiego, gdy zanosiłam dary do ołtarza. Aha, Haładaj wymyślił na moment przed mszą. Już nawet nie miałam siły się na niego wkurzać. Są ślady krzyżma i strzępki myśli: zastanawiałam się pewnie, o czym owinnam myśleć w tak doniosłej chwili. No i jest wspólne zdjęcie klasy z biskupem, którego nie dostałam, ale pamiętam dokładnie, jak wrócił ze mną i Michałem i ustawił sie między dziewczynami, mówiąc: "Błogosławiony między niewiastami"... Szafarz był chyba tak sympatyczny i zabawny w nagrodę za cały rok na spotkaniach parafialnych...
Pstryk.
Baśka, nie psiocz! Dobrze znam datę swojego ostatniego postu, ale urządziłam sobie dowolną dwutygodniową kwarantannę od netu, bo raz za długo posiedziałam... Biorę się za to teraz do roboty, bo zauważyłam ciekawą prawidłowość: im dłużej nie piszę, tym mniej mi się chce za to wziąć. To pewnie wynika z ilości spiętrzonych wydarzeń, o ltórych chciałoby się napisać, a perspektywa przywoływania w pamięci dwóch ostatnich tygodni trochę przytłacza. Najmądrzej będzie podzielić to na rozdziały; łatwiej się myśli, lepiej pisze i przyjemniej czyta. A i tak opowiem tylko o paru rzeczach, które najbardziej zapadły mi w pamięć. To właśnie przewaga pisania z dystansu czasu nad tym "na świeżo"; co prawda z mniejszą emocja, ale za to umysł przesiał już wszystkie bardziej i mniej bzdurne wspomnienia i dobrze już wie, co dla niego najważniejsze. Spróbuję się więc postawic na jego miejscu i zlustrować szybko ostatnie dni:
Baśka, nie psiocz! Dobrze znam datę swojego ostatniego postu, ale urządziłam sobie dowolną dwutygodniową kwarantannę od netu, bo raz za długo posiedziałam... Biorę się za to teraz do roboty, bo zauważyłam ciekawą prawidłowość: im dłużej nie piszę, tym mniej mi się chce za to wziąć. To pewnie wynika z ilości spiętrzonych wydarzeń, o ltórych chciałoby się napisać, a perspektywa przywoływania w pamięci dwóch ostatnich tygodni trochę przytłacza. Najmądrzej będzie podzielić to na rozdziały; łatwiej się myśli, lepiej pisze i przyjemniej czyta. A i tak opowiem tylko o paru rzeczach, które najbardziej zapadły mi w pamięć. To właśnie przewaga pisania z dystansu czasu nad tym "na świeżo"; co prawda z mniejszą emocja, ale za to umysł przesiał już wszystkie bardziej i mniej bzdurne wspomnienia i dobrze już wie, co dla niego najważniejsze. Spróbuję się więc postawic na jego miejscu i zlustrować szybko ostatnie dni:
sobota, czerwca 05, 2004
De Alto Cedro voy para Marcane,
Luego a Cueto voy para Mayari...
Ta piosenka z repertuaru Buena Vista Social Club wywodzi się z kubańskiej muzyki son, a jest luźnym zlepkiem historii o namiętności, słońcu i Kubie. A co najważniejsze - Kolumbijki Band zaprezentują jej nową, niepowtarzalną aranżację już wkrótce na Festiwalu Piosenek Różnych Kultur na XIV zjeździe LHZ Rokiciny 2004! Wstęp wolny, darmowe napoje proszę przywozić ze sobą! Świetna zabawa (boki zrywać) gwarantowana od rana do wieczora! Zapraszamy gorąca jak na Kubie! Mam dziwne przeczucie, że Saperka ma na blogu taki sam wstęp... Eee, nie. Przeliczyłam się. I w dodatku tłumaczy się sklerozą! Też coś ;)
Miałyśmy dzisiaj próbę - pierwszą z prawdziwego zdarzenia, z publicznością ( mój pies, jak chce, potrafi być bardzo wyrozumiały...). Generalnie jest spox, tylko druhenki (fszystkie, ja też) muszą popracować troszkie nad wyczuciem rytmu. Ale co tam w końcu das ubung macht der meister! (ćwiczenie czyni mistrza, dla deutschniekumatych)
A ja jestem już trochę deutschkumata i jeszcze się pochwalę że francaiskumata też! Byłam dziś na wspomnianym już w poście z piątku co to sie przesunął na środę egzaminie ustnym w 13 LO i chyba im się spodobało, bo na koniec odbyła się taka rozmowa (wolne tłumaczenie z francuskiego):
EGZAMINATORKA: Dlaczego chcesz chodzić do trzynastki?
JA: Bo mogę tu kontynuować naukę francuskiego.
EGZAMINATORKA: A czy znajduje się na pierwszym miejscu na twojej liście preferencji? [spryciara...]
JA: Niestety nie, bo mieszkam dość daleko i miałabym problem z dojazdem.
EGZAMINATORKA [w przypływie nagłego entuzjazmu]: -Będę ci opłacać taksówki!
Normalnie człowiek się czuje taki podbudowany od razu! Żebym tylko miała do tego powody 14. i 15. czerwca... (DELF) Stanowczo ten rok upływa mi pod znakiem francuskiego. 2. miejsce w konkursie ogólnołódzkim, 1. w dyktandzie (organizowanym przez tęże trzynastkę), najlepiej zaliczony egzamin pisemny, teraz DELF... Wygląda na to, że się za ten język porządnie wzięłam! W ogóle ja się języków lubię uczyć. Jedziesz potem gdzieś za granicę i wszędzie jak u siebie w domu... Ostatnio nawet gadałam z Francuzami na stoku na Słowacji, a potem w hipermarkecie w moim kochanym mieście! (Łódź - jakby sięktoś dotąd niei skapnął). Ooo, przypomina mi się ciekawa rzecz, jaka mi się dziś przytrafiła.
Jadę rano z tatą do tej 13., zaspana jak sto pięćdziesiąt, a wiadomo, że jak człowiek nieprzytomny jest, to mu różne głupie myśli chodzą po głowie, i zaczęłam rozmyślać o mojej paskudnej, kochanej Łodzi, że taka inna jest, żaden król jej nie budował, tylko ludzkie marzenia i to takie romantyczne... Potem pomyślałam, że skoro jadę na egzamin z francuskiego, to czas zacząć myśleć po francusku, i sobie całą kwiecistą wypowiedź w swojej trójkątnej główce ułożyłam. Dojeżdżam, na miejsce, wchodzę do sali, losuję temat i osłupiałam: poleć znajomemu swoje miasto. I nie wierz tu, człowieku, w przeznaczenie! Albo przynajmniej w farta!
Idę odespać, jutro trza na 10.45 do kościółka iść się wyspowiadać przed bierzmowaniem. Dobranoc.
środa, czerwca 02, 2004
Jestem śpiąca... Od szkoły, nauki, braku motywacji i letnich spacerów i ZTP (Zespół Tumiwisizmu Przedbierzmowanego)... Byłam na próbie u Papiurnika, ale zapamiętałam z niej tylko fakt, że Haładaj i Ojcu są po imieniu [sic!] oraz dowcip zasłyszany od jakichś drechów w przerwie między gadką o piwie i gadką o fajkach: "Jaki jest najlepszy środek na owsiki? Środek dupy!"... Chyba przekonali się, że to drętwa impreza, bo po paru minutach wyszli...
No i nici wyszły ze spacerku popołudniowego w doborowym towarzystwie, buuuu... Ja się załamę... Dlaczego zawsze muszę wszystko zchrzanić?... A w dodatku jutro ustny egzamin en francais w 13 LO, do którego i tak nie pójdę... O ile do jedynki nie będzie czterech laureatów na miejsce... Wtedy codziennie przez rok dojeżdżałabym w doborowym towarzystwie do szkoły... Nie Saperko, nie mów, że mam schizy, to JEST możliwe...
Idę spać, bo jutro na 8.30 muszę się powlec na Bałuty... Wbrew pozorom nie mam doła, tylko chce mi się spać... Na pocieszenie dodam, że jutro wyżyję się trochę na Basi, starając się podciągnąć ją z budowy jachtów, a potem powygłupiamy się z resztą Kolumbijek, a potem znowu posłuchamy docipów o owsikach u Tekturnika... Dobranoc...
Co za dzień! Nie znoszę Haładaja! Co za dupek! I niech Witek mówi co chce, ale większego nie znam! Dobra, zacznę od początku.
Byłam na egzaminie z katechizmu. Żeby nie było, obryta na blachę i z mocnym postanowieniem że nie zostawię skurczybykowi nic do gadania. Zdawałam z jakimiś dziewczynami, z których jedna miała straszne problemy. Jąkała się, nie pamiętała najprostszych rzeczy, a Haładaj najpierw ją zmaltretował, a potem wypalił: "Ty się leczysz?" I dziewczyna chcąc nie chcąc musiała zwierzyć się jemu (a przy okazji trzem innym osobom) ze swoich problemów z koncentracją i terapii. Została dłużej i nie wiem nawet czy ją przepuścił. To co ten człowiek wyprawia, po prostu nie mieści mi się w głowie. Już dawno oswoiłam się z faktem, że duszpasterz z niego żaden, ale to po prostu pospolity cham :[
Dobra, nie bedę się wściekać, bo mi się zmarszczki porobią, jak to Witek powiedział :)
Mieliśmy dziś odjechaną zbiórkę o zdrowym żarciu, zakończoną rytualnym pożarciem całej góry warzyw, jakie wspomniany Witek ze sobą przytachał :)) A wszystko na świeżym powietrzu, w promieniach czerwcowego słońca, z trawą rozkosznie włażącą we wszystkie szpary w ubraniu :)))
Odpuściłam sobie za to wykład, żeby posiedzieć trochę z mamą w domu, ale podobno nie mam czego żałować, bo był excruciaingly boring, czyli nudny. Myślałby kto, meteo nudna! Cusz, kwestia wykładowcy.
Mam zakwasy jak sto pięćdziesiąt po wczorajszym pseudotenisie, ale i tak jestem zachwycona tym sportem! W tym roku chyba już nie znajdę czasu, ale od przyszłego obowiżakowo zaczynam się uczyć. No, skoro jest juz na piśmie, to się może zmobilizuję ;) Trochę rozpływałam. Kocham basen. Rybka lubi pływać. Nie wytrzymałabym bez niego zbyt długo, już po półtora tygodnia nie pływania czukę lekki dyskomfort psychofizyczny... Chociaż dzisiaj dowiedziałam się od ratownika, że jestem pierdoła. No dobra, kontekst był taki, że naklejał mi plaster na rozwalonym palcu u nogi :) I tak gościa lubię...
Idę się uczyć słówek z francais. Jutro kartkówka, a ja nic nie umiem. Co najgorsze, nikt mi nie wierzy. Eee tam, Anka, gadanie, i tak dostaniesz piątkę... Co ja poradzę, że jestem inteligentna? No dobrze, powiedzmy, że mam oprócz tego pewną łatwość w przyswajaniu i zapamętywaniu informacji. No ale dość już tego narcyzmu. Idziemy zakuwać. :*
wtorek, czerwca 01, 2004
Hurrra! Dzień dziecka!
Był po prostu zajedwabisty! Co ja mówię, jest, nie skończył się jeszcze przeca. Ale jak dotąd - miodzio. Byliśmy na kortach tenisowych i miałam rakietę w ręku po raz chyba trzeci w moim krótkim życiu :)) Ale bawiłam się fenomenalnie! Rąsia mnie trochę boli, bo waliłam w tą piłkę jak leci, nie patrząc szczerze mówiąc za bardzo, w którą stronę... A gdybym tak zapisała się na MKT i pouczyła trochę, jak należy odbijać? Polecam wszystkim tenis, zabawa jak sto pięćdziesiąt!!
Potem Prestige, kręgielnia. Też fajnie, ale korty biją wszystko na głowę! Po prostu full service: można sobie pobiegać, wyładować energię, opalić się... A przy tym odjazd na maksa! Dawno już się tak nie bawiłam, było po prostu wspaniale!
Tyle wrażeń jak na razie, póki jestem na świeżo, życzę wszystkim dzieciakom takiego odjechanego świętowania!!!
