wtorek, maja 11, 2004

11 maja - oficjalne święto polskich żeglarzy, a więc i MOJE!!! Jutro idę na wykład z Anką i Baśką, mam wrażenie, że wszystkie jesteśmy zielone, tylko że mnie jednej jakiś kretyn wydał patent :)) Cóż, bywa. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
Chociaż trudno mu (światu) odmówić pewnych przebłysków. Na przykład dzisiaj na angielskim pierwszy raz w mojej 11 - letniej karierze Adam pochwalił mnie za spicza, czyli ustną wypowiedź. I to nie taką, że w domu siedzę i przygotowuję sobie na błysk, tylko muszę wymyślać na ppoczekaniu. I to ma być z ładem i składem, bez błędów, za to najeżone efektownym słownictwem. Właściwie wszystko byłoby OK, gdyby nie drobna skaza na tym sielankowym krajobrazie: trzeba mówić po angielsku.
W związku z tym humor mam całkiem niezły, a w dodatku nauczyłam się trzech nowych szant :))) (Shenandoah, Stary bryg i Fiddler's Green) Nie wiem, dlaczego sporo osób tego nie lubi. Może po prostu nie byli w tawernie Margot ;) Dziesięć w skali Beauforta i przechyły w każdy ostatni piątek miesiąca gdy gra tam kpt. Waldemar Mieczkowski, w końcu mieszkamy w najbardziej żeglarskim mieście w Polsce - Łodzi! :D
Wyżej wspomniany Mieczkowski jedzie teraz z moimi znajomymi do Kanady na polonijny festiwal szantowy i trzymam za niego kciuki, moze pośpiewa nam trochę na rejsie?
Dobra, nie ma co snuć na razie mrzonek o wakacjach, skoro jeszcze półtora miesiąca harówki w perspektywie i nie ma co sobie odpuszczać. Tylko tak się już nie chce... A jeśli w liceum będzie jeszcze gorzej? What if this is as good as it gets? To słowa sfrustrowanego Jacka Nicholsona w "Lepiej byc nie może" - do czego to doszło, żebym się z nim porównywała... Zżerają mnie dewiacje...
Ale my nie martwmy się - rum jeszcze jest!