piątek, kwietnia 30, 2004

Uff... Zaczął się długi (jak to ktoś ironicznie określił) długi weekend. Cóż, lepsze to niż nic. Mam sporo planów: po pierwsze, impreza u Baśki (już zrealizowany), po drugie, basen (rybka lubi pływać), po trzecie, znajomych rodziców (czytaj: zabawa klockami lego z ich dziećmi), po czwarte, wypad do kina z Mirką (Ania z nami nie pójdzie... :(), po piąte grill u sąsiadów (pewnie zwali się pół osiedla), po szóste dzień na działce Gosi, mojej przyjaciółki, w Sokolnikach (o której gada na okrągło, wreszcie sie dowiem, czy to tego warte ;)). A potem... już tylko egzaminy i resztę będzie można olać. Chcę, żeby już były wakacje...
Urodziny Basi odwalone. Potrójne święto: Baśka, Unia Europejska i - co najważniejsze i najbardziej wyczekiwane - dymisja Millera! Wreszcie poszedł po rozum do głowy i zwinął manatki! Wszyscy na cześć Millera i jego błyskotliwości zwęglonego ziemniaka trzy razy wielkie: HIP HIP, HURRA!
Kolejna imprezka klasowa. Nie chce mi to przejść przez gardło, ale chyba ostatnia. My naprawdę jesteśmy jedyni w swoim rodzaju: nic nie robimy konkretnego, żeby się dobrze bawić - po prostu ze sobą jesteśmy. Jasne, że każdy nie musi się od razu z każdym przyjaźnić, ale to samo wychodzi po tylu latach wspólnej niedoli. Te wszystkie odchyły i przepały... Będzie mi tego bardzo, bardzo brakować... EeEj, NiuNia!!! ;(
Chyba powinnam się już zwinąć, bo popadam w melancholię, a to niedobre na zęby. Chociaż najgorszy moment już mam od dawna za sobą - czytaliśmy dzisiaj wiersz Baczyńskiego na polskim, a jego liryka już taka jest... Po prostu czasem boję się pomyśleć, jak wiele genialnej poezji mógłby napisać, gdyby pożył parę lat dłużej... "Tak czy owak musiałeś zginąć (...) nie byłeś do życia..." I ta fotografia. To nie był człowiek z tego świata. A już na pewno nie pasował do tamtych czasów. To czuć w jego wierszach. Idę spać, bo jeszcze napiszę coś głupiego...

czwartek, kwietnia 29, 2004

A oto i ostatni przerąbany dzień w tym tygodniu. Jutro otej porze będę już siedzieć w domciu lub u Baśki mając wszystko w... Głębokim Poważaniu. Długi weekend, egzamin... Takie tam. Same przyjemności. Bo teraz to już każdy dzień w szkole jest jak manna z nieba - zbliża nas tylko do WAKACJI!!! Chcę już na żagle... Nudzę o tym w kółko wszystkim dookoła. Ludzie, nie miejcie mnie dość, błagam, ta choroba jest nieuleczalna...
Właśnie. Jutro impreza urodzinowa u Baśki. IMPREZA przez DUŻE "I", mimo że Mery tego nigdy nie zrozumie. Faktu, że nie trzeba załatwiać dziesięciu litrów wódki, żeby się dobrze bawić. Ale Baśka też ma odchyły... Chociażby ten ostatni tekst.. To się nie nadaje do cytowania...
Wziąć gitarę? Fajnie by było... Ale jak nasze kochane dzikusy (czytaj: chłopcy) się do niej dobiorą? Nieee, chłopcy i gitara, to się kłóci... Wezmę, będzie jazda. A jak się zniszczy? Tego bym nie przeżyła... Już mi się to dwa razy śniło, budziłam się zlana potem... Ale z drugiej strony, gdzie by się miała zniszczyć? Chyba po drodze. Tak. Wezmę moją "kobietę". Chyba jest blondynką. Skrzyżowaniem Grace Kelly i Marylin Monroe. A może jest w niej więcej z Audrey Hepburn? Tak, myślę że w głębi duszy jest rasową brunetką... I tak ją kocham. Moją Jedyną. Mój ewentualny przyszły chłopak będzie miał prawo być zazdrosny.
Idę chyba spać. Zaraz pożegnam wszystkich na gg (powoli się uzależniam, durne towarzyskie zwierzę), umyję liczko (tak się dzisiaj czuję, ale bywa, że mam mordę) i pojdę spać. Ale najpierw kolejna porcja powtarzania wiadomości o jachtach żaglowych. Mówiłam, że to nieuleczalne. Ech...

środa, kwietnia 28, 2004

Taak, moje drugie posiedzenie na blogu. Zajedwabista sprawa. Lubię pisać, nie ukrywam, a tu mogę się wyżyć. Przy dobrych warunkach wypracowanie na jęz. polski piszę w pół godziny, tak było też notabene na dzisiejszym... którym to już? czwartym? próbnym egzaminie humanistycznym.
Ale za to temat był świetny! Osoba, która pierwsza dostała arkusz, od razu odczytała: "Temat: Żeglarze", i rozległo się: "Anka, coś dla ciebie!" To prawda. Jak to zwykle bywa, żeglarstwa tam było niewiele, ale za to dali piękny fragment z sonetów krymskich Mickiewicza o żegludze. Muszę to gdzieś znaleźć. Gość naprawdę wiedział, o czym pisze. A to moja wczorajsza skromna próbka z lekcji polskiego:
"Gdy na "Pogorii" padła komenda do stawiania żagli, ożywił się. Mimo że pływał na żaglowcu od wielu lat, zawsze gdy białe srzydła pierwszych bramsli wznosiły się na rejach, ogarniało go takie samo podniecenie jak za pierwszym razem. Choć ręce paliły go dotkliwie od ciągnięcia grubych, sizalowych lin, od środka rozpierała go euforia. Wypełniała go energią, malowała na jego twarzy szeroki uśmiech oraz sprawiała, że oczy skrzyły mu szczęściem. Miał ochotę krzyczeć z radości, ale w czasie wydawania komend na statku musiała panować idealna cisza." I tak dalej, i tak dalej... Jakieś trzy razy tyle tekstu w tym stylu - mieliśmy lekcję o opisie przeżyć wewnętrznych. Naprawdę lubię pisać i chyba mi to nawet wychodzi - Płocki (polonista) pochwalił moje ostatnie artykuły do gazetki. O gitarze, kinie Cytryna i alfabet szkolny - moja stała rubryka.
Może ja w ogóle dziennikarką zostanę? To by była jazda. Ael raczej nie prasową. Przerąbana praca. Już lepiej pracować w radiu albo w telewizji. W tej ostatniej to już nawet staż zaczęłam ;) Jest taka osiedlowa kablówka, RetSat, w której parę osób z naszej szkoły próbuje swych sił jako dziennikarze TV. Wszystko dzięki p. Arkowi Florczakowi, który kiedyś prowadził u nas koło teatralne. Troszkę go, przyznaję, nie docenialiśmy. Trochę czasem przynudza, ale w gruncie rzeczy to bardzo fajny gość.
Niedawno wróciłam z drugiej już eskapady samochodem - ze mną za kierownicą. Strzeżcie się, okoliczne słupy! Tak naprawdę to jednak tata mnie chwali. A to dość miarodajne źródło, wziąwszy pod uwagę, że przejechał w swoim życiu grubo ponad pół miliona km, w tym prawie sto tysięcy rozwożąc mąkę ciężarówkami na saksach w Niemczech. Dwa lata. I teraz mnie męczy tym niemieckim. Ech... No ale wracając do mojej nauki jazdy, to samochód zgasł mi dziś tylko dwa razy! Wczoraj - lepiej nie mówić... Wszystko przez to cholerne sprzęgło. Ale ja się nauczę. Nie ma zmiłuj. Za trzy lata, jak będę robić prawko, będę już superkierowcą. Już ja wszystkim pokażę :>
Idę sobie. Podobno po całym domu wala się pełno moich rzeczy i mam to sprzątnąć. Ja prawdę mówiąc, wcale tak nie uważam, ale może się już po prostu przyzwyczaiłam... Bałagan w pokoju oddaje poza tym stan mojej duszy. I każdy, kto już przeszedł w swoim życiu malowniczy okres lat piętnastu, przyzna mi rację. Ole.

wtorek, kwietnia 27, 2004

Jutro kolejny próbny egzamin. Może i dziwna jestem, ale ja to nawet lubię. Humanistyczny jest banalny, a pisać wypracowania lubię, a mat. - przyr. złazi jak lekcja matematyki - powoli, ale do przodu...
Już się nie mogę doczekać. Tego wszystkiego. Od jakiegoś czasu czuję się na okrągło podekscytowana - tylko że nie jakimś jednym, konkretnym zdarzeniem, ale tym wszystkim - egzaminem, bierzmowanie, wakacje, a potem - o czym marzę już od 1 kl. gimnazjum - LO! Do 1 LO. Nie posłuchałam rad Pawła. Pewnie się zdziwi, jak mnie zobaczy 1. września. No ale cóż, jest jednym z wielu niezadowolonych z tej szkołe, szczęśliwych znam też sporo...
Wakacjami będą od teraz rządzić żagle. I tak już co roku. Zakochałam się w tym. Najpierw Zawisza Czarny, Amsterdam - Londyn - Amsterdam. 5 godz. spania na dobę, praca przy linach, godziny stania i gapienia się przez burtę... Żyć, nie umierać!!!
Potem Mazury. Ojej, będzie hip - hop... Może nie aż tak hardkorowy jak w zeszłym roku, ale na 100% nie mniej zajedwabisty. Po prostu inny. A z Ziemkiem to się swoją drogą jeszcze kiedyś spotkamy...
A potem LO. Pierwsze LO. Ciekawe, czy mnie ta szkoła pożre, zadusi, stłamsi, wymemłocze, wyszarga i wypluje, jak mawiają niektórzy. Ale ja się nie dam. W końcu jestem Dużą Rybą. A przynajmniej bardzo chciałabym nią być.

Tak... A więc założyłam sobie blog. To chyba działa na zasadzie pamiętnika, tylko że każdy może sobie przeczytać. Wspaniale. Ludzie to jednak dziwni są. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że mnie koleżanka namówiła.
Pisałam nawet kiedys pamiętnik, ale się... przeterminował. Wylądował w koszu. Tu nie będzie tego komfortu. Cóż. Jakoś to przeżyję.
Jestem po angielskim. Jak zwykle prześmialiśmy się z Adamem pół lekcji. Adam to Anglik, u którego mam prywatne zajęcia. Lubię gościa. Zawsze jest wesoło.
Będę chyba teraz często pisać, bo w związku z egzaminami gimnazjalnymi nic prawie w szkole nie zadają. Przesmradzam się więc troszkę po domu, czasem na rowerek pójdę, czasem do kina... O, to lubię bardzo. Ostatnio widziałam "Dużą rybę" w Cytrynie. Świetne kino, a film jeszcze lepszy. Ptysiowi też się podobał.
A teraz pora sprawdzić, czy coś z tego w ogóle wychodzi. [ENTER]